Wydarzenia

« powrót

Prawdopodobnie najkrótsza historia muzyki (cz. VI)

Dokładnie 22 lata temu, 20 kwietnia 1999 roku, jeszcze jako student III roku muzykologii UJ, po raz pierwszy (i z pewnością ostatni) wystąpiłem na wielkiej scenie – jednej z największych. Mam tutaj na myśli kultową Carnegie Hall w Nowym Jorku. To było jedno z moich pierwszych spotkań „na żywo” z muzyką XX wieku. Stało się to dzięki prawykonaniu w Stanach Zjednoczonych Requiem for a Young Poet (komp. Berndt Alois Zimmermann) pod dyrekcją Michaela Gielena’a - kompozycji przeznaczonej na głosy solowe, dwóch recytatorów, dźwięki elektroniczne, zespół jazzowy, organy, trzy chóry i wielką orkiestrę symfoniczną. W jednym z tych chórów byłem ja – nieświadomy wówczas tego wyjątkowego momentu. Wtedy żyłem chwilą i czerpałem garściami z kilkudniowego spotkania z metropolią, w której każdy chciałby spędzić chociaż kilka godzin. Któż mógł wtedy przewidzieć, że kiedyś w przyszłości wykorzystam te wydarzenia, do rozpoczęcia kolejnego odcinka mych felietonów poświęconych historii muzyki, tym razem muzyki XX wieku.

Proszę pozwolić na jeszcze jedną osobistą dygresję, wynikającą z moich zainteresowań. Prócz świata dźwięków, lubię obcować ze sztukami plastycznymi. Będąc w NY, w wolnych od prób chwilach, zmęczony spacerami po dolnym Manhattanie, nie mogłem sobie odmówić wizyty w Metropolitan Museum of Arts. Szczególnie ciągnęło mnie na pierwsze piętro, gdzie prezentowane jest m.in. malarstwo europejskie z XIX i XX wieku. Pamiętam tę chwilę doskonale – siedziałem i długo wpatrywałem się w dzieła impresjonistów. W końcu widziałem na własne oczy to, o czym wielokrotnie czytałem, a czego żadna reprodukcja nie jest w stanie odzwierciedlić – pastelowe kolory, grube pociągnięcia pędzla i niepowtarzalne „migotania światła”. To chwilowe wrażenie, które emanowało z obrazów Moneta, stało się dla mnie swoistym łącznikiem, pomiędzy światem moim, a światem impresjonistów. Oto ja, mam tę własną impresję – ulotne wrażenie, które wbrew idei tego kierunku, zachowam w swej pamięci na zawsze.

Nie bez powodu wspomniałem o tym osobistym doświadczeniu (z ubiegłego wieku!), wszak przyjmuje się, że impresjonizm otwiera sztukę XX wieku. To właśnie malarze zainspirowali kompozytorów początku XX wieku. Claude Debussy przeniósł na grunt muzyki to, co zawierały obrazy impresjonistów. Jak to zrobił? Przecież dzieło muzyczne to nie płótno, poddające się barwnym kaprysom malarza. A jednak, zarówno w twórczości fortepianowej jak i orkiestrowej słyszymy tę impresję. Częste użycie prawego pedału fortepianu, służącego do przedłużania dźwięków i akordów; wykorzystanie skrajnych rejestrów, nietypowe współbrzmienia, szybkie pochody dźwiękowe o subtelnej dynamice – to jedne z wielu pomysłów francuskiego kompozytora, by na grunt muzyki przenieść malarskie techniki. W orkiestrze możliwości było jeszcze więcej. Nie będę opisywał ich szczegółowo – proszę posłuchać np. Preludia na fortepian lub Preludium do „Popołudnia fauna” na orkiestrę. Zdradzę, że zaledwie kilka dni temu, podczas ostatniej lekcji literatury muzycznej, kiedy omawialiśmy muzykę XX wieku, jeden z uczniów naszej szkoły (dla zobrazowania tematu), usiadł przy instrumencie i zagrał „Światło księżyca” Debussy’ego. Znam tę kompozycję na pamięć, ale wykonanie „na żywo” zawsze niesie ze sobą wielkie emocje. Idą wakacje, pewno powoli ruszą festiwale – proszę zaglądać do programów koncertów. A nóż będą w nim dzieła muzycznych impresjonistów.

Drugim nurtem muzycznym początku XX wieku, który także czerpał z innych sztuk, był ekspresjonizm. Kierunek ten wyrażał negatywne, subiektywne emocje. Słuchacze stali się odbiorcami silnego wyrazu, który został muzycznie ubrany w atonalność, chromatyzację oraz rozbicie metryczne i konstrukcyjne dzieła. To musiał być muzyczny szok – no cóż, nie pierwszy w tym szalonym XX wieku. Nie będę tutaj szczególnie naciskał na wielogodzinne obcowanie z dziełami Antona Weberna, Arnolda Schönberga czy Albana Berga – to trudna muzyka, zwłaszcza dla niewprawionych słuchaczy. Niemniej warto chociaż kilka minut poczuć na swojej skórze (a właściwie układzie nerwowym :-) te wyjątkowe muzyczne emocje.

W zasadzie trudno mi teraz wybrać, co jest ważne, a co nie – nadmiar kolejnych wydarzeń i mnogość twórców przyprawia mnie o ból głowy. A przecież przekroczyłem już umowną granicę kartki A4. Zważywszy, że to „prawdopodobnie najkrótsza historia muzyki”, zmuszony jestem podzielić wiek XX na więcej niż jeden odcinek.

Dodam tylko, że przełom XIX i XX wieku (pomimo trudnej sytuacji historyczno-politycznej) nie pozostawił muzyki polskiej na bocznym torze. To wówczas komponuje pierwszy wielki symfonik – Mieczysław Karłowicz (nie tylko kompozytor, ale także miłośnik Tatr, narciarstwa i fotografii). Niestety, przysypany lawiną śnieżną, zginął zbyt wcześnie. Jego poematy symfoniczne, znakomicie zinstrumentowane, oddają idee „Młodej Polski”.
Nie mogę także pominąć twórczości Karola Szymanowskiego, którego różnorodna twórczość wpisuje się aż w trzy kierunki: późnoromantyczny, impresjonistyczny oraz ostatni, określany „narodowym”. W poprzednich odcinkach moich felietonów odważyłem się zaproponować jakieś małe zadanie (wyzwanie) – zrobię to i teraz. Jeśli po długich górskich wędrówkach nogi będą potrzebować wytchnienia, zamiast „podziwiać” kramy na Krupówkach, warto rozważyć odwiedziny w Muzeum Karola Szymanowskiego. To zaledwie kilka minut piechotą od słynnego zakopiańskiego deptaka. Odpoczynek w „Atmie”, willi, w której przez jakiś czas mieszkał kompozytor, może znacznie urozmaicić wakacyjny urlop.  

Marek Rolek