Wydarzenia

« powrót

Na ekranie czy na scenie

Kiedy pod koniec XIX wieku August i Louis Lumiere opatentowali kinematograf, któż mógł przypuszczać, iż wiek XX będzie areną rozwoju jednego z gatunków muzycznych – muzyki filmowej.

Na samym początku kina niemego, taper (pianista) lub mały zespół kameralny akompaniował podczas projekcji filmu. Ich rola polegała na stworzeniu „na żywo” ilustracji muzycznej do wydarzeń rozgrywających się na czarno-białym ekranie. Wraz z rozwojem kina wprowadzono coraz lepsze rozwiązania dźwiękowe. Ostatecznie skomponowanie muzyki do filmów powierzano uznanym kompozytorom, a nagranie ścieżki dźwiękowej realizowały najczęściej wielkie orkiestry symfoniczne pod kierownictwem najlepszych dyrygentów.
Czy przeciętny widz zasiadający w sali kinowej lub przed telewizorem dostrzega tak wielki trud włożony w oprawę muzyczną kilkudziesięciominutowego ekranowego dzieła? Trudno powiedzieć, gdyż domeną dobrej muzyki filmowej jest towarzyszenie obrazowi w taki sposób, by niepostrzeżenie wtapiać się w narrację poszczególnych scen i zarazem korespondować z zamysłem reżysera.

Odmienne reakcje mogą nastąpić, kiedy wsłuchujemy się w ścieżkę dźwiękową bez obrazu. Wówczas możemy dostrzegać jej piękno, oryginalną harmonię i nietuzinkową instrumentację. Mogli się o tym przekonać uczestnicy wyjazdu do Rzeszowa, którzy w dniu 13 maja, w wykonaniu Orkiestry Symfonicznej Filharmonii Podkarpackiej pod dyrekcją Mariusza Smolija, mieli przyjemność wysłuchać wielu utworów znanych z ekranowych produkcji.
W programie koncertu zatytułowanego „Muzyczne Oscary” zabrzmiały kompozycje m.in: M.Rozsy, J.Williamsa, J.Hornera oraz M.Steinera. Nawiasem mówiąc, polscy kompozytorzy również należą do grona twórców muzyki filmowej (po cichu liczymy, że wysłuchamy ich w następnym projekcie Filharmonii Podkarpackiej).

Ciekawe co lepsze – słuchać muzyki z ekranu czy na scenie? To pytanie pozostawimy bez odpowiedzi.